Jakiś czas temu mieliśmy w Polsce burze w szklance wody, czyli awanturę medialną w sprawie stanu zdrowia prezydenta Kaczyńskiego. Sam szczerze mówiąc, mając Palikota za takiego Don Kichota PO powątpiewałem w słuszność podnoszonych przez niego pytań aż do dzisiaj.
Dzisiaj bowiem okazało się, że Prezydentowi podczas pobytów w Juracie potrzebna była non stop pod ręką karetka, za którą o kuriozum, nie chciał zapłacić minister zasiadający w rządzie kierowanym przez … jego brata
Jednak ta cała sprawa ma trochę głębsze dno. Jeżeli stan Prezydenta jest tak dobry jak utrzymuje jego kancelaria to po jakiego grzyba mu pod nosem non stop karetka ? Czyżby parafrazując Rosiewicza naszemu Prezydentowi potrzebny był nieustannie tlen i opatrunek ? Czy po prostu sam Prezydent ciągle potrzebował potwierdzenia, że “na sali jest jakiś lekarz” ?