Zastanawia mnie czasami interakcja poszczególnych komponentów w systemach audio. Przez cały weekend testowałem u siebie dwa kabelki - Van den Hull Integration Hybrid i D102. Każdy z nich z osobna wprowadzał do sprzętu słyszalne i zauważalne zmiany w brzmieniu (Integration Hybrid zdecydowanie pozytywne, D102 dosyć kontrowersyjne) ale nie dawał ułamka zmiany wnoszonej przez okablowanie całego toru dwoma kablami Vdh - czyli jeden na źródło, a drugi na połączenie pre z końcówkami mocy. W tym przypadku nagle scena przybrała rozmiar stadionu z piękną lokalizacją oraz rozłożeniem planów, wokale nabrały masy i cały dźwięk nabrał realizmu, jaki nie słyszałem na swoim sprzęcie nigdy wcześniej.
Niestety była w tym i łyżka dziegciu w postaci zbyt dużej ilości nieco przybrudzonych wysokich tonów, za którą odpowiadał prawdopodobnie D102.
Na razie sprawa jest powieszona na kołku, lokalny dealer VdH usiłuje załatwić na testy VdH The Second, który jako jedyny oprócz Orchida występuje w katalogu w wersji XLR.
Ciekawi mnie w tym wszystkim co jest takiego w tych kablach, że cały swój urok pokazują dopiero w momencie gdy okablujemy nim cały tor……

UPDATE: Nie wiem co za voodoo tkwi w niktórych kablach, wiem natomiast, że po przewaleniu kilkunastu kabli podłaczyłem PSC Ag/Gold i ….. zacząłem słuchać muzyki w nie wsłuchiwać się w brzmienie sprzętu. Doskonały kawałek druta, dzięki któremu na nowo odkrywam część płyt.
Pozdrowienia dla Marka Mózgawy, bo okazało się że to właśnie on odpowiada w Australii (!!!) za produkcję (ręczną zresztą) tych kabli.

Ostatnie komentarze