39 i pół

9 04 2008

Zawsze wydawało mi się, że ze współczesnych polskich seriali nic nie będzie mnie w stanie zainteresować. Po prostu nie jestem w stanie przyzwyczaić się do Delągów, Fitkau-Perepeczko i innych aktorów, którzy równie dobrze swoje kwestie mogliby w usta pnia włożyć. Nazwisk takich aktorów zasilających P jak Plebanię, M jak Miłość, R jak RanCzo czy N jak nudy możnaby wymieniać w nieskończoność. Nawet ciężko ich nazwać naturszczykami, oni usiłują grać jednak na swój sposób - pozbawiony emocji i serca wkładanego w tę pracę, który to odbiera całą przyjemność oglądania ich na ekranie. O jakimkolwiek warsztacie aktorskim ciężko nawet tutaj mówić, gdyż takowy nie istnieje. Przepaść ich dzielącą zauważa się w szczególności gdy taki naturszczyk telewizyjny staje w filmie obok aktora z dawnych lat, mającego przede wszystkim świetny warsztat i dodającego do swojej roli coś, czego większości aktorów zupełnie brak - osobowości.

Z “pewną nieśmiałością’ zasiadłem więc do oglądania TVN-owego 39 i pół. I nagle okazało się, że w Polce można nakręcić lekką, ale i mądrą komedią obyczajową, niby banalną, ale mającą swoje jakże prawdziwe drugie dno. I co więcej, można ją obsadzić ludźmi, którzy świetnie odnajdują się w rolach kreowanych przez siebie postaci. Niektórzy zarzucają Karolakowi, że on w ogóle nie gra, że jest osobą którą przedstawia na ekranie. Pewnie coś w tym jest, jednak dzięki temu jest naprawdę autentyczny, podobnie jak osoby mu w tym filmie towarzyszące.

A już totalnie rozbawił mnie gag z ostatniego odcinka pod tytułem Radio KRB FM :) Po prostu długo potem jeszcze na hasło “Katolickie Radio Barka” morda śmiałą mi się ud ucha do ucha. I chyba o to w tym chodzi, o zabawę w której na chwilę zapomnimy, że osoba przed nami wcale nie jest tym za kogo się podaje. A nawet jeżeli jest, to w swojej skórze się znakomicie czuje. Podobnie jak ja przed i po 39 i pół.




Kto sieje wiatr, zbiera burzę

8 04 2008

Chiny starając się za wszelką cenę uzyskać zorganizowanie u siebie olimpiady wbiły sobie samodzielnie nóż w plecy. Społeczności międzynarodowej udało się bowiem bardziej zainteresować świat tym co się naprawdę dzieje w Chinach niż tanim blaskiem obiektów i blichtrem jaki miał olimpiadę tę otaczać.

We współczesnym świecie pochając się na świecznik nie można liczyć, że pewne brudy schowa się pod dywanem pokrytym chociażby najpiękniejszą pozłotką. Trzeba się liczyć z tym, że siejąc wiatr można zebrać burzę. Chinom się to z pewnością udało. I na pewno będzie to z pożytkiem dla  mieszkańców tego kraju, bo wydaje się, że spraw które przy okazji ujrzą światło dzienne nie da się już tak po prostu wymazać z pamięci. A pozłotka jaką chciano otoczyć te igrzyska okazała się równie tandetna co chińskie produkty.




Weekendowy wieczór filmowy

28 01 2008

Skutki:

  • Pytając o miłość - fatalna Salma Hayek, jeszcze gorszy Collin Farell, scenariusz niczym z Niewolnicy Isaury. Po obejrzeniu zdjęć Salmy biegającej po plaży można spokojnie film wyłączyć. Cokolwiek robił(a)byś w domu, będzie to na pewno bardziej interesujące 0d tego filmu.
  • Zodiak - niezły kryminał przypominający klimatem stare czwartkowe produkcje amerykańskie spod znaku Kojaka. Świetny Robert Downey jr. reszta aktorów również niexle oderała swoje partie. Trochę nieporadnie gra główny aktor, rola popadającego w obłęd rysownika odgadującego zagadaki Zodiaka trochę go przerosła. Niemniej film ciekawy, na pewno wart obejrzenia.
  • Casino Royale- wow, Bond jakiego dawno nie oglądałem. Męski, zdecydowany, konkretny i co najwazniejsze rzeczywisty i pozbawiony tej tandetnej, gadżeciarskiej, zabawkowej oprawy. Brosnan doprowdził serię Bonda na skraj przepaści, niżej już właściwie nie można było upaść. Znaczy się można , kręcąc np Spidermana i wydawało mi się, że niewiele od niego będzie różnił się kolejny Bond. Tymczasem na Casino Royale  spotkała mnie miła niespodzianka. Gdyby jeszcze Daniel Craig w kwestiach damsko-męskich nie był taki drewniany. Ale nie można mieć chyba wszystkiego ;)

Weekendowy wieczór filmowy został zamknięty :)




Grindhouse: Death Proof

11 08 2007

Zawsze wydaje mi się, że w kinie nic bardziej odjechanego od ostatniej produkcji Tarantino już nie można nakręcić.

Do następnego filmu Tarrantino :)

Po wyjściu z Death Proof długo nie mogłem w sobie ostudzić dawki adrenaliny jaką dostarczył ten film i zmazać przyklejonego do ust uśmiechu i towarzyszącemu mu bólu kącików od nieustannego śmiania się w czasie projekcji.

Zawsze usiłując wniknąć w meandry nieograniczonej i nieokiełznanej wyobraźni Tarantino zastanawiam się, co ten człowiek bierze, co pozwala mu zachować tak fenomenalny dystans do świata, do twórczości innych reżyserów z której czerpie garściami, do gatunków filmowych jakimi bawi się niczym dziecko po raz pierwszy widzące piasek w piaskownicy.

Taki tez jest Death Proof - prosty, ale niesamowicie zabawny, zakręcony i odjechany. Czasami absurdalnie przegadany, czasami skrzący się świetnymi dialogami, pełen gadżetów, cytatów i oczek puszczanych nieustannie do widza. Ociekający adrenaliną i testosteronem. I co najważniejsze - pełen uwielbienia do kina i twórców na jakich Quentin się wychował, a cytatami z których potrafi bawić jak nikt inny.

I właśnie za to uwielbiam Tarantino, za dystans do świata i aaplikowanie widzowi jego własnej wizji - odrealnionej, oderwanej od rzeczywistości, czasami wręcz karykaturalnie przerysowanej ale pozwalającej zupełnie zapomnieć o tej prozaicznej widocznej za oknem. Za emocjonalne i bliskie pokazywanie relacji międzyludzkich, za uwagę jaką przykłada do każdego gestu i słowa prowadzonego przez siebie aktora, za umiejętność unikalnego uchwycenia kamerą charakteru postaci. I w końcu za to, że wielu z aktorów udało się znów Quentinowi przywrócić do panteonu sław ( Madsen, Carradine ). W Death Proof odkurzył tym razem Kurta Russela grającego w tym filmie swoją życiową rolę, będącą dużym puszczeniem oczka do nieodgadnionego i mrocznego Snake’a Pliiskena z “Ucieczki z Nowego Jorku”.

A propos puszczania oczek.

  1. Na klapie bagażnika Forda Mustanga Kim jest różowy napis PussyWagon (cipkowóz), dokładnie taki sam jak na żółtym pick-up’ie lekarza ze szpitalnego parkingu w Kill Bill vol.1
  2. Motyw dzwonka jednej z dziewczyn pochodzi z muzyki Kill Bill-a.
  3. Jasper, czyli rubaszny  sprzedawca  samochodu z Death Proof to aktor, który grałgwałciciela w Kill Bill vol.1
  4. Stróże prawa ze szpitala w Death Proof to Ci sami, którzy przyjechali w Kill Billu do koscioła po masakrze

Więcej zapożyczeń znajdziecie tutaj




WTC wielką mystifikacją ?

23 07 2007

UPDATE: Nie jestem zwolennikiem spiskowej teorii dziejów, ale znajdzcie na tym zdjęciu zrobionym po uderzenie Boeinga w Pentagon gdziekolwiek szczątki samolotu. Przecież on nie wyparował. A skoro to nie on uderzył w budynek ….. to pytanie co i gdzie sie podział samolot z kilkuset osobami na pokładzie ?
Ciekawe za iledziesiąt lat poznamy jak było prawdę ?????


Kliknij aby obejrzeć obrazek w dużej rozdzielczości

Nie wiem, czy czytaliście po tragedii WTC mnóstwo stron mówiących oględnie rzecz biorąc, że coś w tej całej akcji jest nie tak, że wiele faktów nie zgadza się z oficjalną wersją wydarzeń.

Najbardziej odowodnione faktu, to np wyparowanie sprzed Pentagonu całego tyłu Boeinga. Jeżeli porówna się wielkość zniszczeń w Pentagonie, jakie uczynił samolot z jego faktycznymi rozmiarami to wychodzi, że cała środkowa i tylnia część wraz ze skrzydłami powinna pozostać przed budynkiem Pentagonu lub zostać porozrzucana wokól niego po eksplozji. Tymczasem nic takiego wokół Pentagonu nie stwierdzono. Ludzie Busha podawali, że Boing cały wbił się w budynek. Z tym, że na żadnych zdjęciach po tym uderzeniu nie widać dziury adekwatnej do wielkości samolotu.

Większość źródeł nie zgadzających się z oficjalną wersja administracji Busha mówi, ze w Pentagon uderzyła duża rakieta lub awionetka wyładowana materiałami wybuchowymi. Z tą drugą koncepcją zgadzałaby się wielkość części silnika jaka została znaleziona po rzekomym uderzeniu. Wszystko byłoby OK, gdyby nie to, gdzie w takim razie podział się samolot z pasażerami jaki miał w niego uderzyć ?!.

Druga niezgodnośc dotyczy silnika z samolotu jaki udarzył w jedną z wierz WTC. Silnik ten wyrwany przez eksplozję znalazł się na chodniku kilkadziesiąt metrów od budynku. Wszystko by się zgadało, gdyby nie to, że w WTC uderzyły Boeingi 767 a silnik był od 737.

Niestety jesteśmy za maluczcy aby dowiedzieć sie prawdy co tak naprawdę zdarzyło sie w tych dniach. Data ta pozostanie jednak jedną z największych tragedii XXI wieku i jedną z najbardziej zagadkowych.

Ostatnio nakręcono kolejny film dokumentalny przeczący faktom, podawanym przez administrację Busha, że sytuacja uderzenia samolotów pasażerskich w obiekty cywilne nie była nigdy rozpatrywana przez wojsko amerykańskie - co więcej wojsko amerykańskie rozważało właśnie takie użycie maszyn z tym, że bliźniaczo podobnych do maszyn cywilnych, dla wywołania właśnie pożądanego efektu psychicznego zastraszenia. Zresztą obejrzcie sami, film dzięki GoogleVideo jest dostępny publicznie. W drugim filmie można zobaczyć kilka innych nieścisłości w wersji oficjalnej wydarzeń.




Zabili go i uciekł czyli Die Hard 4.0

11 07 2007

Obejrzałem sobie dzisiaj Szklaną Pułapkę 4.0 i niestety jestem zawiedziony.

Za wyjątkiem Willisa i wszechogarniających wszystko wybuchów nie ma w filmie nic, co przykułoby na dłużej uwagę. Co gorsze fim ten oscyluje gdzieś na połączeniu światów kina sensacyjnego i jakiejś komediowej tragifarsy. Ilość bzdur w scenariuszu (pomijając jego logikę) woła o pomstę do nieba.
Zapewne dlatego, aby pokryć czymś mizerię i miałkość scenariusza, oferuje się nam zapychacz w postaci nieustannych efektów specjalnych wybuchów, pościgów i kraks samochodowych. Owszem zrobionych całkiem zręcznie i widowiskowo, ale pod koniec filmu już tak wymyślanych na kolanie, że pusty śmiech człowieka ogarniał zamiast wciągnięcia w logikę dziejących sie na planie wydarzeń. Włąściwie w Die Hard 5.0 zostanie Willisowi uciekanie już przed stacją kosmiczną Space Skuttle :-)

Jednym słowem totalna bzdura na resorach. Ale jak ktoś lubi taką widowiskową stratę czasu….




The Long Weekend

8 07 2007

Zastanawia mnie, czy amerykanie są aż tak ograniczonymi ludźmi, aby zaśmiewać się z tych pseudo komedyjek jakich produkują na pęczki, a których humor opiera się na pierdzeniu, wymiotowaniu i perypetiach w toalecie ? Dzisiaj do obiadu zasiadłem sobie do “The Long Weekend” i błogosławiłem istnienie klawisza przewijania w DVD. Nawet nie chce mi się pisać o czym jest ten film. Totalna żenua ;)




Japander

7 07 2007

Nie wiem, czy oglądaliście Między słowami (Lost in Translation) - śliczny, opowiedziany niedopowiedzeniami film o niespełnionej miłości, gdzie Bill Murray gra podstarzałego aktora dorabiającego kręceniem reklamówek whisky w Japonii.

Okazuje się,  że w Japonii na drobne rozmienia się  większość gwiazd Hollywood. W serwisie http://www.japander.com można obejrzeć reklamówki japońskich produktów z udziałem m.in. Arnola Schwarzenegera, Andy Worhola, Nicalasa Cage’a czy Madonny. Cóż świat od wprowadzenia Internetu stał się już dawno małą wioską …




Magnolie

28 06 2007

Niesamowicie dziwny, smutny i pozostawiający wiele spraw do przemyślenia film. O wartości miłości i jej roli w życiu, o ucieczce przed własnym ja, własną przeszłością, pogoni za radościami życia w których gubimy się gdzieś człowieczeństwo. Chyba każdy w tym filmie odnaleźć mógł większy lub mniejszy fragment siebie, z jednej strony człowieka radzącego sobie w życiu, z drugiej zagubionego w powodzi całkiem prozaicznych, ale czasami jakże ciężkich do wyprostowania spraw…. Wielką wartością filmu jest zdolność do angażowania w problemy w nim poruszone oglądającego. Historie które opowiada są naładowane tak wielkim ładunkiem emocjonalnym, iż nie będziemy  w stanie po nim tal łatwo i szybko wrócić do szarej codzienności.

Wielki plus za doskonałe aktorstwo i wiarygodne oddanie złożoności psychicznej postaci przez występujących aktorów. Plus jedna z najlepszych ról Cruise’a.




Quentin

6 06 2007

Uwielbiam filmy tego brzydala :).

Moje ulubione:
- Kill Bill obie części
- Od zmierzchu do świtu.
Dla mnie to jeden z niewielu ludzi w kinie , który potrafi w filmie przekazać  ile radości daje mu ta zabawa i dzielić się z nią widzami.   Jego zabawa kinem, mieszanie wszelkich konwenansów, wieloznaczności , które ciągle odnajduję w znanych już na pamięć filmach, karmienie oczu ferią barw i uszu doskonałą muzyką po prostu sprawia, że schodzi ze mnie całe zmęczenie dnia. I jak tu nie lubić kolesia.

PS. Krzyż na wampiry pastora w “Od zmierzchu do świtu” ( Keitel ) składający się z bejsbola i obrzyna “niosącego światłość” bawi mnie do łez od kilkunastu lat.  Nie wiem co facet ćpa przed filmem, aby mieć takie odjazdy ale niech mu to na zdrowie idzie ;)




Job

13 05 2007

Zacząłem oglądać w/w film i wytrwałem całe pół godziny. Chyba najbardziej stracone pół godziny mojego zycia.

Ależ potworna chała.




51 State

30 04 2007

Właśnie sie setnie uśmiałem na komedyjce 51 State. Co ciekawe, oglądałem ja kiedyś wcześniej i nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia, a wręcz zniesmaczyła mnie swoim prymitywnym, grubiańskim humorem. Ale właśnie w nim i w zderzeniu prymitywnego, ale chłopięco bezradnego angola Felixa Souzy ( doskonały Robert Carlyle ) i atrystokratycznego w manierach, murzyńskiego producenta narkotyków Elmo McElroy ( świetny Samuel L. Jackson) tkwi siła tego filmu. Jest on niesamowice przewrotny - wszystko jest postawione na głowie, jak choćby główni bohaterowie -  murzyn z ameryki ;) chodzi przez cały film w szkockim kilcie, zaś Felix - rodowity angol, zakochany w swoim kraju (uchodzącym przecież za arystokratyczny)  jest prostym chłopaczkiem , dla którego liczy sie tylko piłka nożna.

Może nie jest to humor najwyzszych lotów, ale ilość zwrotów zwroty akcji i świetna gra trzech głównych bohaterów zapewnia niezła rozrywkę na 2 godziny. Może nie polecam na sobotni wieczor z rodzicami,. ale do piwa z kumplami film sprawdzi sie znakomicie ;-)




Zakładnik … rybek

29 04 2007

Właśnie wróciłem znad wody od rodziców, którzy zainstalowali sie w Barkowicach z nowa przyczepka na rybkach. W takim przesiadywaniu nad woda jest jakaś metoda, ale mnie po dwóch dniach juz nosiło do jakiejś bardziej nakręconej rzeczywistości, do świata gdzie coś sie dzieje, gdzie jednak oprócz pięknego nieba w nocy na własność ma się jeszcze coś do obejrzenia, posłuchania, gdzie po toczy jest jakieś intensywniejsze, bardziej urozmaicone życie. Chociaz podobno zapotrzebowanie na święty spokoj przychodzi z czasem, więc niewykluczone że to moczenie kiji z czasem moze mi sie spodobać.

A po powrocie z rybek obejrzałem sobie drugą ratę “Zakładnika”. Film jest w sumie niezły, taka epicka opowieść o dwóch ludziach żyjących w sumie beż żadnej przyszłości, dwóch przegranych którzy mimo, ze jeden z nich jest zawodowym mordercą a drugi przypadkowym taksówkarzem, to w pewien sposób spóldzielą świat - świat właśnie ludzi przegranych. Świat z którego wyjścia są dwa i w finale każdy z nich podąży innym. Jak już napisałem film jest niezły, ale tylko pod warunkiem, ze rozłozymy jego oglądanie sobie na dwie raty. Scenariusz powoli odsłania meandry psychiki dwóch głównych bohaterów, zahaczając często o tematy samotności człowieka w wielkim mieście lub wręcz klimaty kina drogi - prowadzącej do śmierci lub wewnętrznego samooczyszczenia lub przemiany bohaterów. Niestety taki sposób narracji połączony z mrocznym klimatem filmu ( którego akcja w całości dzieje sie w nocy ) powoduje, że bez odcisków na tyłku za jednym razem obejrzą go tylko pasjonaci.




Labirynt Fauna

28 04 2007

Przedziwny, wieloznaczny, wielowymiarowy i wielopłaszczyznowy film. Za brutalny i naturalistyczny na bajkę, za bajkowy na normalnie opowiedziana historię wojenną. W filmie mamy dwa światy, świat normalnych ludzi - partyzantów i walczących z nimi hiszpańskich faszystów i świat dziecka, które w ucieczce przed sadystycznym ojczymem i przerażającą ja rzeczywistością ucieka w krainę wyobraźni, do tytułowego labiryntu fauna.

Film na pewno warto zobaczyć, choc nie jest to historyjka do pustego pogapienia się w towarzystwie popcornu i coli.

Dodatkowo niesamowita scenografia, charakteryzacja i kostiumy w scenach bajkowych … zresztą kto oglądał inne filmy Guillermo del Toro jak choćby doskonałego Hellboya to możliwości i wyobraźnie tego reżysera już poznał. Polecam nie oglądanie innych zdjęć z tego filmu, gdyż zepsuć można sobie niespodziankę związana z przerażającym strażnikiem stołu.




Men in Black 2

23 04 2007

Zastanawia mnie sens powstawania takich filmów i ich przeznaczenie. Przed cały czas trwania tego filmu zadawałem sobie pytanie “po co ktoś stworzył takiego gniota ?”. Zero sensu, reżyseria sprowadzająca się do sklecenia z sobą mnóstwa tanich efektów i potworki niczym z Ghostbusters. Sęk w tym, że na Ghostbusters można sie było jeszcze pośmiać, na Men in Black 2 również można - ale co najwyżej z głupoty rezysera i scenarzysty oraz nazwisk ludzi, którzy zdecydowali podpisać się pod tym “dziełem”.