Archiwum kategorii: Film

Zawsze wydawało mi się, że ze współczesnych polskich seriali nic nie będzie mnie w stanie zainteresować. Po prostu nie jestem w stanie przyzwyczaić się do Delągów, Fitkau-Perepeczko i innych aktorów, którzy równie dobrze swoje kwestie mogliby w usta pnia włożyć. Nazwisk takich aktorów zasilających P jak Plebanię, M jak Miłość, R jak RanCzo czy N jak nudy możnaby wymieniać w nieskończoność. Nawet ciężko ich nazwać naturszczykami, oni usiłują grać jednak na swój sposób – pozbawiony emocji i serca wkładanego w tę pracę, który to odbiera całą przyjemność oglądania ich na ekranie. O jakimkolwiek warsztacie aktorskim ciężko nawet tutaj mówić, gdyż takowy nie istnieje. Przepaść ich dzielącą zauważa się w szczególności gdy taki naturszczyk telewizyjny staje w filmie obok aktora z dawnych lat, mającego przede wszystkim świetny warsztat i dodającego do swojej roli coś, czego większości aktorów zupełnie brak – osobowości.

Z “pewną nieśmiałością’ zasiadłem więc do oglądania TVN-owego 39 i pół. I nagle okazało się, że w Polce można nakręcić lekką, ale i mądrą komedią obyczajową, niby banalną, ale mającą swoje jakże prawdziwe drugie dno. I co więcej, można ją obsadzić ludźmi, którzy świetnie odnajdują się w rolach kreowanych przez siebie postaci. Niektórzy zarzucają Karolakowi, że on w ogóle nie gra, że jest osobą którą przedstawia na ekranie. Pewnie coś w tym jest, jednak dzięki temu jest naprawdę autentyczny, podobnie jak osoby mu w tym filmie towarzyszące.

A już totalnie rozbawił mnie gag z ostatniego odcinka pod tytułem Radio KRB FM :) Po prostu długo potem jeszcze na hasło “Katolickie Radio Barka” morda śmiałą mi się ud ucha do ucha. I chyba o to w tym chodzi, o zabawę w której na chwilę zapomnimy, że osoba przed nami wcale nie jest tym za kogo się podaje. A nawet jeżeli jest, to w swojej skórze się znakomicie czuje. Podobnie jak ja przed i po 39 i pół.

Zawsze wydaje mi się, że w kinie nic bardziej odjechanego od ostatniej produkcji Tarantino już nie można nakręcić.

Do następnego filmu Tarantino :)

Po wyjściu z Death Proof długo nie mogłem w sobie ostudzić dawki adrenaliny jaką dostarczył ten film i zmazać przyklejonego do ust uśmiechu i towarzyszącemu mu bólu kącików od nieustannego śmiania się w czasie projekcji.

Zawsze usiłując wniknąć w meandry nieograniczonej i nieokiełznanej wyobraźni Tarantino zastanawiam się, co ten człowiek bierze, co pozwala mu zachować tak fenomenalny dystans do świata, do twórczości innych reżyserów z której czerpie garściami, do gatunków filmowych jakimi bawi się niczym dziecko po raz pierwszy widzące piasek w piaskownicy.

Taki tez jest Death Proof – prosty, ale niesamowicie zabawny, zakręcony i odjechany. Czasami absurdalnie przegadany, czasami skrzący się świetnymi dialogami, pełen gadżetów, cytatów i oczek puszczanych nieustannie do widza. Ociekający adrenaliną i testosteronem. I co najważniejsze – pełen uwielbienia do kina i twórców na jakich Quentin się wychował, a cytatami z których potrafi bawić jak nikt inny.

I właśnie za to uwielbiam Tarantino, za dystans do świata i aplikowanie widzowi jego własnej wizji – odrealnionej, oderwanej od rzeczywistości, czasami wręcz karykaturalnie przerysowanej ale pozwalającej zupełnie zapomnieć o tej prozaicznej widocznej za oknem. Za emocjonalne i bliskie pokazywanie relacji międzyludzkich, za uwagę jaką przykłada do każdego gestu i słowa prowadzonego przez siebie aktora, za umiejętność unikalnego uchwycenia kamerą charakteru postaci. I w końcu za to, że wielu z aktorów udało się znów Quentinowi przywrócić do panteonu sław ( Madsen, Carradine ). W Death Proof odkurzył tym razem Kurta Russela grającego w tym filmie swoją życiową rolę, będącą dużym puszczeniem oczka do nieodgadnionego i mrocznego Snake’a Pliiskena z “Ucieczki z Nowego Jorku”.

A propos puszczania oczek.

  1. Na klapie bagażnika Forda Mustanga Kim jest różowy napis PussyWagon (cipkowóz), dokładnie taki sam jak na żółtym pick-up’ie lekarza ze szpitalnego parkingu w Kill Bill vol.1
  2. Motyw dzwonka jednej z dziewczyn pochodzi z muzyki Kill Bill-a.
  3. Jasper, czyli rubaszny  sprzedawca  samochodu z Death Proof to aktor, który grałgwałciciela w Kill Bill vol.1
  4. Stróże prawa ze szpitala w Death Proof to Ci sami, którzy przyjechali w Kill Billu do koscioła po masakrze

Więcej zapożyczeń znajdziecie tutaj

Nie wiem, czy oglądaliście Między słowami (Lost in Translation) – śliczny, opowiedziany niedopowiedzeniami film o niespełnionej miłości, gdzie Bill Murray gra podstarzałego aktora dorabiającego kręceniem reklamówek whisky w Japonii.

Okazuje się,  że w Japonii na drobne rozmienia się  większość gwiazd Hollywood. W serwisie http://www.japander.com można obejrzeć reklamówki japońskich produktów z udziałem m.in. Arnola Schwarzenegera, Andy Worhola, Nicalasa Cage’a czy Madonny. Cóż świat od wprowadzenia Internetu stał się już dawno małą wioską …

Właśnie sie setnie uśmiałem na komedyjce 51 State. Co ciekawe, oglądałem ja kiedyś wcześniej i nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia, a wręcz zniesmaczyła mnie swoim prymitywnym, grubiańskim humorem. Ale właśnie w nim i w zderzeniu prymitywnego, ale chłopięco bezradnego angola Felixa Souzy ( doskonały Robert Carlyle ) i atrystokratycznego w manierach, murzyńskiego producenta narkotyków Elmo McElroy ( świetny Samuel L. Jackson) tkwi siła tego filmu. Jest on niesamowice przewrotny – wszystko jest postawione na głowie, jak choćby główni bohaterowie -  murzyn z ameryki ;) chodzi przez cały film w szkockim kilcie, zaś Felix – rodowity angol, zakochany w swoim kraju (uchodzącym przecież za arystokratyczny)  jest prostym chłopaczkiem , dla którego liczy sie tylko piłka nożna.

Może nie jest to humor najwyzszych lotów, ale ilość zwrotów zwroty akcji i świetna gra trzech głównych bohaterów zapewnia niezła rozrywkę na 2 godziny. Może nie polecam na sobotni wieczor z rodzicami,. ale do piwa z kumplami film sprawdzi sie znakomicie ;-)

Przedziwny, wieloznaczny, wielowymiarowy i wielopłaszczyznowy film. Za brutalny i naturalistyczny na bajkę, za bajkowy na normalnie opowiedziana historię wojenną. W filmie mamy dwa światy, świat normalnych ludzi – partyzantów i walczących z nimi hiszpańskich faszystów i świat dziecka, które w ucieczce przed sadystycznym ojczymem i przerażającą ja rzeczywistością ucieka w krainę wyobraźni, do tytułowego labiryntu fauna.

Film na pewno warto zobaczyć, choc nie jest to historyjka do pustego pogapienia się w towarzystwie popcornu i coli.

Dodatkowo niesamowita scenografia, charakteryzacja i kostiumy w scenach bajkowych … zresztą kto oglądał inne filmy Guillermo del Toro jak choćby doskonałego Hellboya to możliwości i wyobraźnie tego reżysera już poznał. Polecam nie oglądanie innych zdjęć z tego filmu, gdyż zepsuć można sobie niespodziankę związana z przerażającym strażnikiem stołu.

Zastanawia mnie sens powstawania takich filmów i ich przeznaczenie. Przed cały czas trwania tego filmu zadawałem sobie pytanie “po co ktoś stworzył takiego gniota ?”. Zero sensu, reżyseria sprowadzająca się do sklecenia z sobą mnóstwa tanich efektów i potworki niczym z Ghostbusters. Sęk w tym, że na Ghostbusters można sie było jeszcze pośmiać, na Men in Black 2 również można – ale co najwyżej z głupoty rezysera i scenarzysty oraz nazwisk ludzi, którzy zdecydowali podpisać się pod tym “dziełem”.

Oglądam właśnie War of Worlds i ilość nielogiczności w tym filmie jest po prostu przytłaczająca, nawet jak na filmy Spielberga:

  • dlaczego po ataku elektromagnetycznym przestały działać samochody nie wyposażone w komputery ? Zakładając, że im spaliło instalacje elektryczną to dlaczego po wymianie tylko komputera działa furgonetka Cruise’a ?
  • dlaczego na autostradzie jaką jedzie Cruise wszystkie samochody pozjeżdżały na boki?
  • dlaczego dom byłej zony Cruise’a nie zapalił się po rozbiciu się samolotu obok skoro w środku był ogień, a schody i część wyposażenia były z drewna ?
  • Jakim cudem na tym pogorzelisku przed domem gdzie spadł przecież samolot pozostała zupełnie nienaruszona furgonetka Cruise’a ?
  • skoro obcy uszkodzili obwody elektryczne to jakim cudem działał wóz transmisyjny stacji telewizyjnej i kamery pokazujące obraz z innych miast?
  • dlaczego ludzie uciekali nie z dala od pękającej ziemi tylko wzdłuż niej ?
  • jakim cudem przejechał pociąg, ciągnięty przez elektrowóz, który przecież jest też na prąd. Pominę już że płonął :)

Szkoda, ze cała atmosfera i dramaturgia filmu siada w momencie jak pokazują się obcy i film z thrillera zmienia się w jakieś ochłapy Jurassic Park, Titanic-a oraz różnych innych produkcji Spielberga z obcymi w roli głównej.

I niestety czym dalej w las tym gorzej – fabuła się sypie niemiłosiernie, napięcie zupełnie siada a fil robi się ciapowaty. Na końcu jak królik z kapelusza pojawia się wyjaśnienie, że obcy zginęli od … przepraszam za wyrażenie zarazków od obsrania przez ptaki.

Po prostu zakończenie godne Spielberga, że o stylu prowadzenia nie wspomnę, bo od połowy nie wiedziałem czy oglądam horror, thriller, melodramat czy epopeje wojenną. A miało być tak pięknie….

Zawsze gdy oglądam jakiś film z DiCaprio mam wrażenie, że nie udźwignie on ról jakie mu są powierzane z powodu dziecięcej fizjonomii i urody wiecznego dziecka. I zawsze jestem mile zaskoczony, gdyż oglądając go po prostu zapomina się o niej, gdyż nie powierzchowność jest w nim najważniejsza. Gra Leonardo DiCaprio to przede wszystkim wulkan emocji – kiedy ma być słodki jest najgrzeczniejszym chłopczykiem na świecie, gdy ma być wulkanem wściekłości drżymy patrząc jak naturalistycznie jest w stanie to z siebie wykrzesać.

Podobnie jest w Aviatorze. Patrząc na plakaty zastanawiałem się jak udźwignie te dwuznaczną rolę, jak poradzi sobie z jej skomplikowaniem osobowości jaką posiadał Howard Hughes i wreszcie jak wybrnie z zagrania sporo starszego od siebie człowieka.

Nie wybrnął, wygląda dalej jak dziecko ale patrząc na jego grę nie zwraca się na to w ogóle uwagi. Gdy pojawia się w kadrze jest tylko on, ogarnięty pasją, porywczy, nieobliczalny i jednocześnie uwodzicielski. Howard Hughes jakiego można poznać z biografii, nieprzewidywalnego, wszechwładczego i chłopięcego jednocześnie.

Po obejrzeniu Aviatora nie wyobrażam sobie innego aktora w tej roli …. i znów zawiodłem się na swojej intuicji podszeptującej mi “tego nie jest w stanie zagrać DiCaprio” ;)

Wodolot Hercules o którym mowa jest w filmie można zobaczyć obecnie z muzeum lotnictwa w McMinnville, gdzie jest jedną z głównych jego ozdób. Tutaj znajdziecie jego całą historię.

Tutaj znajdują się natomiast zdjęcia z jego poprzednich miejsc ekspozycji.

Obejrzałem sobie dzisiaj “komedię” Be Cool. W sumie równie dobrze mógłbym jej nie obejrzeć, gdyż nie wniosła do mojego życia dokładnie nic. Film jest bowiem potwierdzeniem reguły, iż sama obecność w kadrze plejady doskonałych aktorów ( a występują m.in. Uma,Thurman, John,Travolta, Harvey Keitel, Vince Vaughn, Danny DeVito) nic nie daje, jeżeli ktoś im nie da sensownego scenariusza oraz ich nie poprowadzi w jaki sposób mają kreować postacie w jakie się wcielają.

Bardziej banalnej fabuły, rozmemłania akcji czy drewnianych dialogów to dawno nie widziałem. Humory też na lekarstwo.

Natomiast uśmiałem się do łez odsłuchując archiwalne audycje Detektyw Inwektyw, które kiedyś leciały w Radio Wawa. Niektóre numery są sztubackie i prymitywne, ale niektóre pomysły po prostu rozkładają na łopatki. A numer pt “Czesław Niemen” jest po prostu wyborny.

Właśnie skończyłem oglądać Sin. Niesamowicie przygnębiający film, z piękną muzyką, zdjęciami, mrocznym klimatem i jak zwykle niesamowtym Gary Oldmanem.

Sam temat zemsty jaki porusza film nie jest zbyt odkrywczy, sposób jego pokazania również ani przez chwile nie powoduje, że mamy ciarki na plecach, scenariusz jest w sumie prosty jak drut, Ving Rhames gra drewnianie niczym kukła wypowiadająca zaklęcia i właściwie byłby to przęcietny film gdyby … właśnie gdyby nie Gary Oldman. Ilość odcieni charakteru postaci jaką kreuje po prostu sprawia, że on jest osią filmu – człowiek rozdarty, nieszczęśliwy, naznaczony piętnem utraconego w młodości brata, z drugiej przerażający psychopata, wyzuty z uczuć i emocji. Szkoda, że w Rhames-e nie znalazł godnego siebie partnera do prawdziwego odebrania roli dwóch podobnie skrzywdzonych przez siebie ludzi.

Dołujący film, może nie tak jak podobne w konwencji “8mm” niemniej równie mroczny i dwuznaczny.

Drugi duży plus za niesamowitą muzykę.

Włąśnie zebrałem troche więcej czasu aby obejrzeć wypożyczone jakiś czas temu Monachium Spielberga.

Niestety tym razem Spieberg nakrecil knota. Monachium nie jest jednak zlym zupełnie filmem. Tyle, ze problemy jakie maja bohaterowie, wyglaszane przez nich frazesy i wkladane w ich usta patriotyczne kwestie sa tak drewniane, podręcznikowe i zupelnie nienaturalne, ze nawet przez moment nie mamy szans z zadnym z nich sie identyfikowac, ani zrozumieć motywów ich postępowania.  Film jest do tego koszmarnie dlugi  nie oferujac oprocz dobrych zdjec niczego czym byl w stanie te dlużyznę przykryc. Generalnie takie ponad dwugodzinne bla bla obleczone we ladne sreberko. Tyle ze swistak przy zawijaniu zasnął :)

Na uproszczenia jakich pełen jest ten film, bazujących niekiedy na dowcipach o Żydach,  spuszczę kurtynę milczenia. Drażniłyby one nawet w filmie początkującego reżysera o Spielbergu nie wspominając. No zgadnijcie kim może być Żyd – oczywiście liczykrupą wymagającym na wszystkie sprawy związane z egzekucją osób …. rachunków.

Aha jeden cwancyk :) -  dystrybutor wpadł na pomysł zabezpieczenia filmu jakimś mega systemem antypirackim. Nie wiem kto mu sprzedał ten chłam, ale skutkiem jego zastosowania była niemozliwość odtworzenia go w żadnym posiadanym w domu odtwarzaczu DVD wliczajac w to Toshibe, Kiss-a i czytnik komputerowy. Co więcej odtwarzacze stacjonarne wypluwały te płytę jako uszkodzoną a dopiero Media Player zameldował “copyright protection”. Z tym copyrajtem nie mial natomiast problemu pierwszy znaleziony program do backupu płyt DVD – DVD Shrink. Więc aby obejrzeć legalny film, wypożyczony i opłacony w osiedlowej wypożyczalni musiałem  wykonać kopię oryginalnego nośnika :-) Czy tylko mi się wydaje, że to jest idiotyzm ?

Właśnie wróciłem z zamknięcia Cameroimage, które za wyjatkiem kilku dłuzyzm (m.in. kilkudziesieciominiutowa pogadanka Wima Wendersa) miało całkiem sympatyczny przebieg. Przede wszystkim świetnie sprawdzili sie w roli prowadzących Lonstar i Torbicka, świetnie potrafiący zarówno zabawic publiczność jak i oddać miejsce gwiazdom tego wieczoru, gdy miały coś ważnego do przekazania. Taki Urbański, czy Ibisz mogliby co najwyżej Torbickiej buty czyscic :-)

Poza tym bardzo wzruszyl mnie moment gdy na scenie wystąpił MIke Figgis, rezyser jednego z moich ulubionych filmów “Zostawic Las Vegas”, strasznie sympatyczny człowiek i z dystansem i pokora do zarówno swojej osoby, jak i wielu mistrzów kina, na których kiedyś się uczył , a których dawno przesignął jako twórca.

Niezwykłe jest, że w więkoszości  rezyserzy i operatorzy wydaja się straszliwie miłymi i życzliwymi ludźmi, tym serdeczniejszymi i mającymi większy dystans do siebie im bardziej są sławnymi. Zupełnie odwrotnie niż w Polsce, gdzie gwiazdy popadają w bufonadę a mediach brylują “artysci” znani z Gali, Pani Domu, Vivy i ogólnie wszelkie naturszczyki, “znani  z tego, że są znani”, ktorych takie media utrzymują przy życiu.

Zmarł dzisiaj Leon Niemczyk, jedna z najbardziej charakterystycznych postaci polskiego filmu. Babiarz był z niego nieboski, kiedys na pojezierskiej spotkałem go w cukierni przy spożywczym jak prawił komplementy jakiejs sklepowej. Coż albo gustu nie miał, albo po prostu spragniony ;) Co nie zmienia faktu, ze był jednym z ostatnich prawdziwych aktorów, ludzi którzy potrafili właśnie swoja grą sprawić, że ginęła w filmie bariera między aktorem a graną przez niego rolą.
Ostatnio zagrał epizodyczną rólkę w Inland Empire u Lyncha. Spoczywaj w pokoju…..

Korzystając z okazji lekkiego podgrypienia posiadziłem swoją dupke w domu, coby jutro po klimatach cmentarzowych nie zaliczyć kompletnej wywrotki. Właczyłem sobie TVa tutaj….. Sąsiedzi ! Kurcze, nawet nie zdajemy sobie sprawy ile tracimy siedząc w pracy hihihihi

Ciekawe ilu z Was potrafi powtorzyć bezbłędnie z pamięci końcówkę z Pszczółki Mai z listą aktorów użyczających swój głos postaciom z bajki. Mi głos odczytujący “Maja – Ewa Złotowska, Gucio – Jan Kociniak” będzie towarzyszył gdzieś w głowie do końca moich dni.
A teraz hicior :-) Wiedzieliście, że Pszczółka Maja była oryginalnie japońska (みつばちマーヤの冒険 (Mitsubachi Māya no bōken) a oparta jest na książce……..niemieckiego pisarza ?!